poniedziałek, 11 czerwca 2012

Sara the Queen


Do Antoniny, Ruty, Debory i Moryca dołączyły Lea, Noemi, Yael, Salome, Estera, Judyta i Abigail. Jednak zanim to nastąpiło, niekoronowaną królową stadka była kózka Sara, która przejęła przewodnictwo po nagłej śmierci Racheli.

Sarę dostałam w prezencie. No bo jak miałam odmówić takiego prezentu Pasterzowi „dobrych i kochanych owiec”, gdy okazało się, że ma jeszcze całkiem spore stado tak samo dobrych i kochanych kóz. Sąsiad świadkiem, że walczyłam z sobą okrutnie. Próbowałam jej nie brać, bardzo się starałam odmówić, ale nie miałam żadnych szans. W końcu kozy też kochałam i zawsze chciałam mieć choć jedną. Wiedział o tej mojej miłości mąż i przed wyruszeniem po owce, musiałam przyrzekać, że nie przywiozę żadnej kozy. Przyrzekłam, ale dziecięcym zwyczajem trzymałam za plecami rękę ze skrzyżowanymi palcami. Tak na wszelki wypadek. Chyba więc przeczuwałam, że jak są owce, to mogą być i kozy, tam dokąd się udaję. Wracaliśmy więc z duszą na ramieniu. Myślałam o tym, co powie mąż na widok Sary. Sąsiad pocieszał, że najwyżej on weźmie Sarę, jak mąż będzie nieprzejednany, a mama sąsiada nie będzie protestować. Bo sąsiad, choć już w wieku chrystusowym był wówczas, pozostał synem mamusi w stanie bezżennym. Mąż się jednak przejednał, za to mama sąsiada powiedziała, że koza przekroczy bramę ich posesji po jej trupie. Na nasz powrót czekało już spore grono gapiów z Byłym Sołtysem sąsiedniej wsi, który jest już staruszkiem i moim wielkim fanem, popierającym me pomysły zwierzęce z wielką życzliwością i rozbawieniem. Wszyscy czekali w napięciu, aby zobaczyć, co to za owce przywiozłam. Po otwarciu drzwi pierwsza wyskoczyła Sara, ku przerażeniu męża mego najdroższego, który spiorunował mnie wzrokiem. Widzowie zaglądający przez płot w pierwszej chwili byli zdezorientowani. Wydawało im się, że ta szalona baba pojechała po owce, więc „ to owca być musi jakaś nowoczesna”, Pan Z. niepewnie dodał jednak: „ e to koza jest chyba”, pan S.: „no, wygląda, jak koza”. Były Sołtys rzekł był w końcu: „ a Wy co, kozy nie widzieli? Ech, co się to porobiło. No koza, koza”. Potem wyskoczyły owce. Wzbudziły sensację tak samo, jak koza, bo były „jakieś takie inne”, „ bo my tu, Panie, mieli zwykłe owce, duże, białe, merynosy”. „No to tera takie będą” zakończył Były Sołtys, gratulując i życząc powodzenia w hodowli. Pan Z. z Panem S. jednogłośnie rzekli do męża-miłośnika drzew – „no to masz już po drzewkach”. Jak powiedzieli, tak się oczywiście stało, nie od razu rzecz jasna, ale w ciągu dwóch tygodni. Na pierwszy ogień poszedł „mój piękny ogród” i kwiaty w donicach. Owce były powściągliwe w swych zapędach konsumpcyjnych, ale Sara szła, jak burza. Zżarła wszystko co się dało, po czym zaległa w największej donicy w ramach sjesty. Mąż nie krył satysfakcji licząc, że Jego drzewka się ostaną. Ale, co się odwlecze, to nie uciecze… Drzewkami zajęły się owce i Sara trochę później, ale bardzo skutecznie. Siedmioletni sad stał się wspomnieniem, a młode dąbki celem napadów żarłocznych przeżuwaczy, jak tylko spuszczałam je z oka. Obgryzione z liści gałązki, nieme ślady niecnych czynów moich pupilek, były powodem małżeńskich awantur. Sytuacja nabrzmiała tak bardzo, że zabraliśmy się z mężem do budowy płotu, aby te żarłoczne bestie i „wredne małpy” (to słowa mego ślubnego) spacyfikować i powściągnąć w ich zapędach niszczycielskich. A trawa rosła, nie muśnięta nawet owczym ani kozim zębem.

Czarna dziura

Anioł od Jagody

Zniknęłam na prawie dwa miesiące. Ani internetu, ani telefonu, ani telefonu komórkowego, bo zasięg tu teraz kiepski (czytaj żaden, chyba, że wejdę na drzewo, co mi się nie zawsze uda).

Od czterech lat w okolicach Wielkanocy uaktywniają się w naszej wsi destruktorzy kabli telefonicznych, wrzuconych przez panów od telefonów do ziemi bez zabezpieczenia, bo w przetargu najważniejsza była najniższa cena. W najniższej cenie nie ujęto więc zabezpieczeń i przeprowadzenia instalacji zgodnie z zasadami sztuki (odpowiednia głębokość, etc.). Najpierw więc kable poprzecinali „panowie od wody”, których wykopaliskowa działalność pozbawiła naszą wieś (całą!!!) łączności telekomunikacyjnej na dość długi czas. W następnym roku mój sąsiad poczuł w sobie wiosenne moce, które opuściły go już lata temu, i postanowił zacząć nowe ogrodowe życie wspierając swoje wielkie krzaki czarnych porzeczek pięknym stelażem, którego „nogi” wprawnymi ruchami kilofa wbił chyba „aż do Chińczyków”, według słów naszego nieżyjącego już filozofa, skądinąd bardzo sympatycznego konsumenta napojów rozweselających, J. W. Nie wiem, co się działo u Chińczyków, ale nasz kabel telefoniczny, który biegł przez działkę sąsiada znalazł się niestety dokładnie w linii „nóg” stelaża i został przecięty na pół, pozbawiając mnie przyjemności konwersacji na ładnych parę tygodni, bo dopiero po tym czasie można było wreszcie bez trzasków usłyszeć rozmówcę. Internetu w tym czasie nie było wcale. W następnym roku poziom wód gruntowych tak się podniósł, że te połatane kable pływały w wodzie, przerdzewiały i ani internetu, ani telefonu… W tym roku coś mnie „odgryzło” – po przeryciu działki i kolejnym łataniu kabli orzekli panowie, zwani w centrali zgłaszania awarii codziennie inaczej – serwisantami, monterami, technikami, itd. Połatali, zakopali i …jest połączenie. Panowie odjechali i znów głucho. I tak w kółko. Stwierdzili więc, że to chyba modem „ fiksuje”. Wymieniłam modem i nawet aparat telefoniczny…. i nic. Panowie odwiedzali mnie więc codziennie, rozkopywali, zakopywali, wchodzili, wychodzili. Mijały dni, a ja już się nawet przyzwyczaiłam, że żyję poza cywilizacją. Telewizora nie mam, internetu ani telefonu też nie miałam, ruszyć się z domu nie bardzo mogłam ze względu na codzienne wizyty naprawiaczy i gości, których dla odmiany miałam w wielkiej obfitości, jakby w rekompensacie. Jak już straciłam nadzieję na jakąkolwiek zmianę w kwestii telekomunikacyjnej, przyłączono mnie ponownie do cywilizacji. Co prawda parametry przesyłu mam znacznie gorsze, ale stan linii uniemożliwia uzyskanie lepszych. Nauczona doświadczeniem cieszę się, że w ogóle mam kontakt ze światem. Innych możliwości dostępu do globalnej sieci tu nie ma. Niby niedaleko do wielkiego miasta, a jednak dziura, czarna.

Witam więc Was po tej przerwie bardzo serdecznie. Nie wiem kiedy nadrobię zaległości w czytaniu ulubionych blogów i odpowiedzi na komentarze. Dziękuję też Ofce za odpowiedź dla YarnAndArt w kwestii zielononóżek.

W dniu, w którym mnie odgryziono przyleciał do mnie Anioł od Jagody, którego wygrałam w rozdawajce. Piękny i ogromny. Myślałam, że będzie maleńki, taki aniołeczek, a on wielki jest, prawdziwy Anioł Stróż. Nawet nie miałam jak podziękować. Dziękuję bardzo, bardzo Jagódko. Wszyscy goście podziwiają zdolności Jagody z Jagodowa.

Zanim zacznę opowieści dalszy ciąg tak w skrócie opowiem Wam, co się działo przez te prawie dwa miesiące.

Szczeniaczki komondory urosły i musiały rozstać się z rodzicami, nami i całym naszym stadem zwierząt. Mieszkają już w swoich nowych domach. Sherlock Holmes powrócił do kraju przodków, jako Lajos II i rośnie zdrowo. Sunia, zwana przez nas roboczo Dorka, mieszka nie tak daleko i wkrótce nas odwiedzi, a Ronja pojechała do Innej bajki i ma bajkowe życie. Jest już bardzo duża (Jolu dziękujemy za zdjęcia). Było nam ciężko rozstawać się z psiakami, choć wiedzieliśmy, że trafią do dobrych ludzi i będzie im dobrze.

Owieczki Meg i Emma mieszkają też w nowym domu, w sąsiedniej wsi, jako damy do towarzystwa. Mają piękny „apartament” i soczystą trawę, ale zdążyły już nielegalnie skonsumować krzak róży i inne zakazane rośliny ogrodowe. Beth okazała się być Behemotem (po raz pierwszy w życiu pomyliłam płeć jagnięcia zaraz po urodzeniu) i wraz z Milką pojechali do nowych właścicieli.

Pisałam w marcu, że sezon wykotów się zakończył, jak Antonina powiła swoje dzieci. Tak miało być, taki był mój plan. Nie wiem jakim cudem „Czarny Diabeł” przed odjazdem dopadł moje owieczki-dziewice, które miały sobie jeszcze trochę poczekać z macierzyństwem, bo spodziewana ilość jagniąt w tym sezonie była i tak duża, za duża, jak na moje warunki. No, ale stało się. Gdyby jeszcze mamy karmiły same swoje dzieci to pół biedy, ale tak pięknie nie ma. Jednego dnia Peti przyprowadziła z pastwiska maleńką owieczkę zwaną Aranka, którą nikt się nie interesował, a następnego piękna owca Batszeba, córka Noemi, zwana przez nas teraz pieszczotliwie Wariatką, ukradła dziecko Małce, która to urodziła dwa jagnięta. Wariatka nie była w ciąży i nie miała pokarmu, ale od początku wykotów próbowała zabrać którejś mamie nowo narodzone jagnię. Udawało mi się ją jednak jakoś izolować. Tym razem się nie udało. Pobiła się z Małką i została mamą zastępczą, bardzo troskliwą, ale bez pokarmu. Karmię więc znów maleństwa, do tego już trzy, bo dwa tygodnie temu znalazłam owieczkę bez matki, do której nikt się nie przyznał. Żadna też z podejrzanych nie nosiła śladów porodu. Aranka, Dorka i Wełenka (tak nazwała owieczkę najmłodszą 10-letnia Zosia, co mnie kojarzy się z Kariną, e-wełenką) rosną ładnie, przybiegają na zawołanie z pastwiska wypić mleko i w podskokach biegną do stada. Jestem więc dobrej myśli, ale o wyjeździe na parę dni nawet marzyć nie mogę. Do Joli Z Jolinkowa to ja nie wiem kiedy pojadę, a tak miałam wszystko pięknie zaplanowane.

Przybyło mi też kur. Mam teraz 10 zielononóżek ( w tym koguta) i jednego Chińczyka. Sąsiadka, o której mówiono, że ma zielononóżki, wiedząc, że szukam kogutka zielononóżki obiecała mi pięknego koguta. Pewnego wieczora niespodziewanie przyszła i przyniosła w worku szamocącego się ptaka. Była bardzo dumna i powiedziała, że wybrała dla mnie pięknego koguta: „zielononóżkę, ale - i tu nastąpiła chwila ciszy, aby nas wziąć z zaskoczenia-chińską”. Mąż mój mało nie umarł ze śmiechu, mnie zamurowało, ale musieliśmy przyjąć prezent w worku. Kogutek jest mały, śmieszny i wygląda, jakby był ubrany w szarawary, do tego ma zielone nogi. Skoro ma zielone nogi, to zielononóżka - i wszystko stało się jasne . Chińczyk jest niestety samotny, kury albo nie zwracają na niego uwagi, albo znęcają się nad nim, ma ciągle powyrywane pióra na grzbiecie. Nie bardzo wiem, co z nim zrobić.

środa, 18 kwietnia 2012

Kooperatywa od kuchni






Pytania w Waszych komentarzach sprawiły, że dziś napiszę taką zbiorczą odpowiedź, która mam nadzieję na niektóre z nich odpowie. Jednocześnie podkreślam, że to, co piszę na temat wełny i przetworów mlecznych, poza ogólnymi stwierdzeniami dotyczącymi owcy prymitywnej, odnosi się do moich kolorowych i rogatych owiec, żyjących w stanie półdzikim, w takich, a nie innych warunkach środowiskowych, odżywiających się na pastwisku od wiosny do jesieni i otrzymujących jedynie siano zimą .
Wrzosówka to owca północna krótkoogoniasta czyli ovis brachyura borealis. Jest owcą tzw. kożuchową, wykorzystywaną w przeszłości w tym kierunku produkcji, ze względu na doskonałe walory skór. Tak jak i inne prymitywne owce północne, ma runo zbudowane inaczej, niż okrywa wełnista „kulturalnych” owiec , ras hodowanych przede wszystkim na wełnę
Używana tu i we wcześniejszych wpisach opozycja "owca prymitywna" - „owca kulturalna”, dotyczy tylko prowadzonych przez stulecia (owca kulturalna) bądź też nie prowadzonych zabiegów hodowlanych (owca prymitywna). W tym rozróżnieniu nie mają znaczenia walory intelektualne, które obok zdrowotności i wytrzymałości, plasują nie tylko owce, ale zwierzęta prymitywne w ogóle, daleko przed kulturalnymi, wykreowanymi w dużym stopniu przez człowieka w toku wielowiekowej pracy hodowlanej.
Intelekt, zdrowotność i wytrzymałość, umiejętność radzenia sobie w ekstremalnych warunkach mają oczywiście swoją cenę. Z punktu widzenia hodowcy, ekonomiki produkcji mlecznej, rzeźnej czy wełnianej, takie owce nie mają znaczenia produkcyjnego, nie gwarantują bowiem sukcesu ekonomicznego. Z punktu widzenia wolnego człowieka, żyjącego skromnie, ale z wyboru w zgodzie z naturą, realizującego różne pasje i tęsknoty, człowieka któremu takie życie całkowicie wystarcza i który się w nim spełnia, jest zgoła odwrotnie. Cechy te sprawiają, że takie zwierzęta są po prostu idealne. Dają przecież i wełnę, i mleko, i mięso, a że nie w ilościach handlowych… Tym gorzej dla handlu.
Opowiem najpierw o wełnie, bo owca to na pierwszy rzut oka sama wełna. Nie wdając się w szczegóły budowy włosa owczego (które można znaleźć w wielkiej obfitości w Internecie i ogromnej ilości publikacji), można powiedzieć że wełna wrzosówki jest taka, jak i jej nosicielki, mocna i z charakterem, czyli szorstka i gryząca dla użytkownika. Taka też jest tkanina uzyskana z jej wełny. Nie jest to więc runo dla każdego. Mnie ich wełna nie gryzie, nie drażni i jest bardzo przyjemna w noszeniu, ale ja jestem z tych „gruboskórnych”, poza tym właśnie te, a nie inne owce, były mi pisane, jak wiemy . Byłoby więc coś nie tak, gdyby mnie ich wełna niemiłą była. Wrzosówkowa wełna jest wdzięcznym materiałem barwierskim. Dobrze się farbuje w barwnikach roślinnych, dobrze przędzie i tka, dobrze też filcuje. Najbardziej podobają mi się naturalne kolory runa i dzięki kolorowym owcom mogę cieszyć się całkiem niezłą paletą barw. Do szczęścia brakuje mi tylko bieli, choć i w tej kwestii moje przyjaciółki wrzosówki wraz z panami baranami starają się pomóc, płodząc i rodząc jagnięta o bardzo jasnym runie. Jeśli mam ochotę na żywszy kolor, farbuję runo w marzannie barwierskiej (czerwień, pomarańcz), indygo (niebieski), trzcinie czy liściach brzozy (różne odcienie zielonego), w nawłoci (żółty), jagodach czarnego bzu (piękny fiolet) czy kwasie buraczanym (buraczkowy). Umiem robić na drutach i szydełku, nie jestem jednak w tym kierunku jakoś szczególnie uzdolniona ani zapalona do nauki. Proste szale, czapki, swetry, rustykalne pledy w płóciennym splocie z podwójnie skręconej nitki – to umiem i lubię, i robić, i używać. Poza tym wrzosówkowa wełna tylko do tego się nadaje, według mnie, z natury swej. Mam różne pasje, a jedną z nich jest zgłębianie historii średniowieczne rzemiosła, także interaktywnie. Wrzosówka ze wszystkimi swymi walorami więc i tu mi doskonale pasuje.
Nie inaczej ma się rzecz z pozyskiwaniem mleka. Nie jest to owca fryzyjska – alma mater wśród owiec z naszej szerokości geograficznej, dająca świetne i dużo mleka i mająca do tego całkiem miłą wełenkę. Wrzosówka produkuje niewiele mleka w okresie laktacji, który jest raczej krótki. Rut i Noemi karmią długo, ale ilość tego mleka nie jest duża, zważywszy, że karmią dwa jagnięta, a odżywiają się sianem. Biorąc pod uwagę modus vivendi i operandi tych zwierząt, mleko jest całkiem dobrej jakości . Pozyskać mleko od moich owiec nie jest łatwo, i to nie tylko za sprawą niewielkiego wymienia i maleńkich sutków. Nie wiem, jak to się dzieje, ale jak owca nie chce, to mleka po prostu nie da. Nie wydoi się jej bez jej woli. Mleko należy do niej i jej dzieci. Zrozumiałe więc jest, że sery owcze są niestety tylko rzadkim rarytasem, goszczącym na mym stole i stołach tych, którzy akurat mają „szczęście”. Z odwiedzających bloga, serów próbowała chyba tylko Kankanka (jeden mieszany, jeden owczy całkiem). Lubię robić różne sery, od twarogów po twarde w typie pecorino czy pecorino vecchio (jeśli mam mleko owcze), ale zdana jestem przede wszystkim na niezawodne krowy z sąsiedniej wsi (żyjące tak jak i moje owce), dostarczycielki doskonałego, tłustego mleka, więc o pecorino mogę marzyć i śnić, ewentualnie sobie kupić. Robię więc sery z mleka krowiego, niepasteryzowanego. Są również świetne, ale nie są owcze. Nie spędza mi to jednak snu z powiek. Cieszę się tym co mam . Zdarzyło się kiedyś, że wśród gości miałam fachowców od owiec, parających się od wielu lat badaniami nad mlekiem owiec, którzy zajadając moje sery byli pewni, że jedzą sery owcze i na nic zdały się moje protesty, że to są jednak sery z mleka krowiego. Jako że serów była spora ilość, twierdzono wręcz, że musiałam się pomylić. Nie myliłam się, ale cóż, skoro smakowały im jak owcze, niech i im będzie.
Na sery widoczne na zdjęciach mleko pozyskałam podczas letnich wykotów w 2010 roku (drugich w jednym roku), kiedy owce miały rzeczywiście bardzo dużo mleka. A plenność wtedy wynosiła 200%, a jagnięta odchowały w 100% (tzn. ja odchowałam jedno w zamian za litry mleka od uchylającej się od karmienia Moabitki-feministki, bo to był tryczek, owieczkę karmiła). Wszyscy byli zadowoleni.
Pozdrawiam

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Produkcja w kooperatywie








Jako zarejestrowany producent coś musiałam wyprodukować. Jako zupełnie nierejestrowana zaklinaczka pogadałam z owcami, abyśmy coś może, jednak, niedużo, ale choć trochę wyprodukowały. Panny się zgodziły i oto taki przekrój naszej produkcji, tak w ramach przerywnika przed następną częścią opowieści.

Pozdrawiam

Jak zostałam producentem rolnym

Gdy dotarłyśmy do zagrody pasterza wrota były już otwarte na oścież. Owce weszły posłusznie na podwórze, trochę zdziwione, że tak w środku dnia je tu zaproszono. Pozostało nam tylko złapać cztery, bo tyle mogłam wziąć do samochodu. Ale jak tu wybierać, kiedy wszystkie mi się podobały. Postanowiłam nie wybierać. Którą złapiemy, będzie moja. Pasterz zaproponował mi jedną mamę z jagnięciem, jeśli chcę. Chciałam, jak najbardziej. Ale złapanie dzikiego, jednodniowego jagnięcia, nie jest sprawą łatwą. Po wielu niepowodzeniach i lądowaniu w piachu podwórza, udało się pasterzowi chwycić czarnego diabełka, który chwilę później zameczał żałośnie wzywając matkę. Ta zjawiła się natychmiast patrząc na nas z wyrzutem i tupiąc przy tym groźnie swą niezwykle smukłą i zgrabną owczą nogą (możecie przyjrzeć się nóżce, bo ta mama to Lea). Pasterz sprawnie chwycił ją za spore rogi i przytrzymał, a my z zaklinaczką odprowadziłyśmy ją do krowiej obórki, która stała się prowizoryczną stacją przeładunkową. Mama z dzieckiem była już nasza. Jeszcze tylko trzy owieczki i jedziemy do domu, pomyślałam. Mimo zwinności i szybkości pasterza i mojej nieudolnej, ale jednak pomocy, nie udawało nam się złapać ani jednej. Zaklinaczka także próbowała swych mocy. Na próżno. Owce nie chciały dać się złapać. Pasterz i żona pasterza postanowili sięgnąć po swą ostateczną broń i przynieśli suchy chleb w wiaderku. Owce, podobnie jak kozy, uwielbiają suchy chleb. Jako przynęta sprawdza się znakomicie. Po chwili mieliśmy już 4 owce i jagnię. Operacja została zakończona pomyślnie. Mogłam więc wracać do domu. Owce siedziały grzecznie w samochodzie, a ja regulowałam należności finansowe i gdy już myślałam, że mogę spokojnie wsiadać i ruszać, pasterz poprosił mnie jeszcze o podpisanie takiego niewielkiego formularza i podanie numeru gospodarstwa.

- Numer gospodarstwa? Jaki numer? Numer domu? – zapytałam zdziwiona.

-Nie, numer gospodarstwa albo numer siedziby stada – odrzekł pasterz nie przeczuwając, że sprawy się właśnie nieźle komplikują.

- Nie mam numeru gospodarstwa. A w ogóle to nie mam pojęcia o co chodzi – odrzekłam nieco już przestraszona.

-W takim razie owce wysiadają . Nie mogę ich sprzedać komuś, kto nie jest zarejestrowanym producentem rolnym – on mi na to.

-Nie, to nie może być prawda. Ja nie wracam bez tych owiec. Pan mi ich już nie może zabrać.

Postanowiłam, że jeśli będzie trzeba wsiadam , odpalam auto i uciekam. Staliśmy tak chwilę. Potem usiedliśmy przed domem na ławce. Zaklinaczka przyniosła herbatę i ich własny miód wrzosowy. Poprosiłam o wyjaśnienie, o co chodzi z tym numerem, siedzibą, z tym producentem rolnym i tym świstkiem papieru w dwóch egzemplarzach. Pasterz wyjaśnił mi, że sprzedaż zwierząt zarejestrowanych (a zarejestrowane muszą być wszystkie przeżuwacze) osobie nie będącej producentem rolnym jest prawnie zabronione, nielegalne i podlega karze. I on tego zrobić nie może, bo ma zbyt wiele do stracenia.

-A czy ja mogę być takim producentem? – spytałam z nadzieją w głosie.

-Oczywiście. Musi pani się tylko w swojej agencji rolnej zarejestrować.

Pasterz dokładnie wyjaśnił mi co i jak powinnam zrobić. Obiecałam mu, że następnego dnia rano udam się do biura agencji i wystąpię z wnioskiem o nadanie numeru dla gospodarstwa i siedziby stada, i że do niego niezwłocznie zadzwonię i ten numer przekażę. Pasterz nie mówiąc ani słowa wypełnił druki i dał mi do podpisu jeden, sam podpisując drugi. Pusta została tylko rubryczka z numerem gospodarstwa, do którego udają się zwierzęta i ta z datą sprzedaży. Piliśmy herbatę w milczeniu. Pasterz dał mi jeden egzemplarz formularza, ten ze swoim podpisem, a zatrzymał ten z moim. Niech pani jedzie bezpiecznie do domu. Mam nadzieję, że mnie pani nie zawiedzie.

Nie zawiodę i dziękuję – odpowiedziałam i pożegnałam się z zaklinaczką owiec i pasterzem.

Tak jak nie mogłam trafić pod właściwy adres przyjeżdżając, tak zgubiłam się wyjeżdżając. W końcu jakaś dobra dusza wskazała mi właściwą drogę. Do domu dotarłam o zmroku. Owce dobrze zniosły podróż, ale z moim małym stadkiem nie chciały się bratać. Byłam bardzo zmęczona i głodna, ale cieszyłam się z moich nowych owiec. Zadzwoniłam do męża, który już się niepokoił, bo nie dawałam przez cały dzień znaku życia. On nie wiedział, że wybrałam się na owczarskie zakupy. O planach zakupu oczywiście wiedział, ale nie mówiłam, że jadę natychmiast. Spałam snem sprawiedliwego i choć w zasadzie nie używam budzika, tego ranka dźwięk dzwonka wyrwał mnie z błogiego snu. Pobiegłam do zwierząt, które już pasły się razem, nalałam im świeżej wody i wróciłam, aby przygotować się do drogi po numer producenta.

Pisałam wcześniej, że mam jak najlepsze zdanie o urzędnikach gminnych i powiatowych. Mam je do dziś, ale urzędnicy z naszego oddziału agencji modernizacji i restrukturyzacji (przynajmniej w początkach naszej znajomości) to zupełnie inna bajka. Dość powiedzieć, że była awantura, prośby i groźby. Ja przyjechałam załatwić sprawę i bez numeru nie zamierzałam wyjeżdżać. Oni mieli inne plany i wymyślali przeróżne „przeszkody” w otrzymaniu numeru tego dnia. A to miałam konto, według nich, nie w tym banku, a to nie miałam poświadczenia, że to konto w tym banku mam, a to nie było szefowej, a ona musi podpisać postanowienie o nadaniu numeru i takie różne, bardzo ważne wymówki. Cóż, konto mogę mieć, gdzie chcę, w ciągu 15 minut przyszedł faks z potwierdzeniem, że mam konto tam, gdzie mam, a pani szefowa nie jest nam dziś do niczego potrzebna, bo ja potrzebuję tylko numer, a dokument potwierdzający nadanie tegoż numeru nie jest mi dziś do niczego potrzebny – argumentowałam. Dziad swoje, baba swoje. W końcu odmówiłam opuszczenia biura bez numeru. Grozili policją. Ja dwiema lokalnymi gazetami i telewizją regionalną. Chyba poskutkowało, bo za jakiś czas podano mi numer gospodarstwa. Potwierdzenie miałam otrzymać pocztą lub przyjechać. Powiedziałam, że przyjadę, bo będę rejestrować zwierzęta więc niech się z tą pocztą nie fatygują. Miałam z dziadem tym samym jeszcze jedno przejście , ale teraz mogę powiedzieć, że jestem zadowolona ze współpracy z pracownikami naszej ARiMR.

Po powrocie do domu zadzwoniłam do pasterza podając numer gospodarstwa i umówiłam się na ponowne spotkanie. Tydzień później przywiozłam następne trzy owce. Tym razem już lege artis. Dokonałam zakupu jako zarejestrowana producentka rolna.

Pozdrawiam odwiedzających