poniedziałek, 11 czerwca 2012

Sara the Queen


Do Antoniny, Ruty, Debory i Moryca dołączyły Lea, Noemi, Yael, Salome, Estera, Judyta i Abigail. Jednak zanim to nastąpiło, niekoronowaną królową stadka była kózka Sara, która przejęła przewodnictwo po nagłej śmierci Racheli.

Sarę dostałam w prezencie. No bo jak miałam odmówić takiego prezentu Pasterzowi „dobrych i kochanych owiec”, gdy okazało się, że ma jeszcze całkiem spore stado tak samo dobrych i kochanych kóz. Sąsiad świadkiem, że walczyłam z sobą okrutnie. Próbowałam jej nie brać, bardzo się starałam odmówić, ale nie miałam żadnych szans. W końcu kozy też kochałam i zawsze chciałam mieć choć jedną. Wiedział o tej mojej miłości mąż i przed wyruszeniem po owce, musiałam przyrzekać, że nie przywiozę żadnej kozy. Przyrzekłam, ale dziecięcym zwyczajem trzymałam za plecami rękę ze skrzyżowanymi palcami. Tak na wszelki wypadek. Chyba więc przeczuwałam, że jak są owce, to mogą być i kozy, tam dokąd się udaję. Wracaliśmy więc z duszą na ramieniu. Myślałam o tym, co powie mąż na widok Sary. Sąsiad pocieszał, że najwyżej on weźmie Sarę, jak mąż będzie nieprzejednany, a mama sąsiada nie będzie protestować. Bo sąsiad, choć już w wieku chrystusowym był wówczas, pozostał synem mamusi w stanie bezżennym. Mąż się jednak przejednał, za to mama sąsiada powiedziała, że koza przekroczy bramę ich posesji po jej trupie. Na nasz powrót czekało już spore grono gapiów z Byłym Sołtysem sąsiedniej wsi, który jest już staruszkiem i moim wielkim fanem, popierającym me pomysły zwierzęce z wielką życzliwością i rozbawieniem. Wszyscy czekali w napięciu, aby zobaczyć, co to za owce przywiozłam. Po otwarciu drzwi pierwsza wyskoczyła Sara, ku przerażeniu męża mego najdroższego, który spiorunował mnie wzrokiem. Widzowie zaglądający przez płot w pierwszej chwili byli zdezorientowani. Wydawało im się, że ta szalona baba pojechała po owce, więc „ to owca być musi jakaś nowoczesna”, Pan Z. niepewnie dodał jednak: „ e to koza jest chyba”, pan S.: „no, wygląda, jak koza”. Były Sołtys rzekł był w końcu: „ a Wy co, kozy nie widzieli? Ech, co się to porobiło. No koza, koza”. Potem wyskoczyły owce. Wzbudziły sensację tak samo, jak koza, bo były „jakieś takie inne”, „ bo my tu, Panie, mieli zwykłe owce, duże, białe, merynosy”. „No to tera takie będą” zakończył Były Sołtys, gratulując i życząc powodzenia w hodowli. Pan Z. z Panem S. jednogłośnie rzekli do męża-miłośnika drzew – „no to masz już po drzewkach”. Jak powiedzieli, tak się oczywiście stało, nie od razu rzecz jasna, ale w ciągu dwóch tygodni. Na pierwszy ogień poszedł „mój piękny ogród” i kwiaty w donicach. Owce były powściągliwe w swych zapędach konsumpcyjnych, ale Sara szła, jak burza. Zżarła wszystko co się dało, po czym zaległa w największej donicy w ramach sjesty. Mąż nie krył satysfakcji licząc, że Jego drzewka się ostaną. Ale, co się odwlecze, to nie uciecze… Drzewkami zajęły się owce i Sara trochę później, ale bardzo skutecznie. Siedmioletni sad stał się wspomnieniem, a młode dąbki celem napadów żarłocznych przeżuwaczy, jak tylko spuszczałam je z oka. Obgryzione z liści gałązki, nieme ślady niecnych czynów moich pupilek, były powodem małżeńskich awantur. Sytuacja nabrzmiała tak bardzo, że zabraliśmy się z mężem do budowy płotu, aby te żarłoczne bestie i „wredne małpy” (to słowa mego ślubnego) spacyfikować i powściągnąć w ich zapędach niszczycielskich. A trawa rosła, nie muśnięta nawet owczym ani kozim zębem.

18 komentarzy:

  1. no nareszcie się doczekałam !!!!!!! :-))))

    OdpowiedzUsuń
  2. stesknilam sie juz za twoimi wpisami. Sara rulezzzz.

    OdpowiedzUsuń
  3. No w końcu:) A Sara śliczna jak nie koza:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No halo! Sara śliczna JAK KOZA! :)

      Usuń
  4. No i jesteś nareszcie, a ja myślałam, że Cię jakieś wilczysko pożarło Owieczko. Nie wiem, jak przegapiłam Czarną dziurę, ale przegapiłam, widać i ze wzrokiem już u mnie nietęgo. No to zamiast sadu i kwiatów, ostało się Wam po nich wspomnienie. Niezwykle szybko Ci się to stado rozrastało i kto by pomyślał, że zwykły płot może zażegnać małżeńskie swary :) pozdrawiam najserdeczniej i mam nadzieję, że już żadne krety tudzież koparki nie odetną Cię od świata :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No tak przeżuwacze tak mają ,jedyna różnica między nimi wszystkimi ,że jedne robią takie naloty jakoś tak z gracją :) a inne jak koziska całkiem po bandycku. Naszej Balbinie jak czasami uda się otworzyć furtkę i przedostać do ogródka to już ciągnięta za obrożę do furtki w biegu potrafi wredną paszczą chwytać ,a to paproć a to jakiś kwiatek z miną mówiącą a i tak znowu tu wejdę :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. I kozy i owce, psy ,koty co jeszcze masz u siebie, bo mnóstwo tego inwentarza, a pracy przy obrządku nie mało..Nie zazdroszczę Ci tego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ależ ja lubię Ciebie czytać! serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  8. I tylko takie opowieści powstrzymują mnie przed nabyciem kozy:-)))Bo chyba bym się zapłakała jakby mi moje drzewka i krzewy własnoręcznie ukorzeniane obżarły...
    Uściski
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  9. Przed "inwazją" też mi się tak wydawało, ale jak już przywiozłam te żarłoczne bestie, to okazało się, że mi tak znów nie żal roślin i drzew, własnoręcznie sadzonych. Uwielbiam moje przeżuwające potwory i pozwalam im na wiele

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dobrze - drzewka nie wejdą Ci na kolanka, nie przytulą się :))) a myślę, że ogród i sad można z czasem wygospodarować i ogrodzić tak, żeby podstępne potwory nie miały szans.

      Usuń
  10. Jak się już pokocha kozy, to troszkę łatwiej żegnać się z drzewkami ...
    U nas ok. 30 młodych świerczków, 11 sosenek, maluteńki warzywniczek, 2 brzoskwinie i stareńka aronia.
    Ale to wszystko nasza wina, bo nie umieliśmy zadbać o naprawdę kozoodporne ogrodzenia.
    Kozy tak się odżywiają i już. Zaczynają od góry, kończą kiedyś tam na dole, czyli trawie.
    Pozdrawiam z pełnym, serdecznym zrozumieniem!:)

    OdpowiedzUsuń
  11. no, czyli normalka, jak u mnie...
    maria

    OdpowiedzUsuń
  12. Bestia w ... koziej skórze :)
    Dobrze, że wróciłaś, Owieczko :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Sposób w jaki to wszystko opisujesz zdawał by się,że absolutnie żadnych problemów.Sama radosna sielanka.
    Nie wiem co te kochane zwierzątka, musiały by zmalować aby w Twoim opisie wyczuwało się faktyczną złość.Nie ma takiej opcji:))
    To jest właśnie miłość bezwarunkowa.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  14. Wow, no to my chyba zaczniemy od ogrodzenia...
    Mamy orne pole pełne samosiejek olchy i brzozy, to nam zrekultywują :DDDDDD

    Przednie imiona, to już kawał Starego Testamentu Wam biega koło domu :DDDDD


    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń