sobota, 10 stycznia 2015

Jarek odnaleziony!


Wklejam informację żony Jarka Ady, którą przed chwilą udostępniła i dziękuję tym wszystkim, którzy starali się pomóc.

"Po dwóch dobach Jarek się odnalazł.
Jest cały i zdrowy.
Błąkał się po lesie, nie mógł trafić do domu. Nie pamiętał pierwszego dnia zaginięcia, drugi spędził usiłując trafić do domu. Już wczoraj próbował poprosić jakąś kobietę spacerującą z psami, by wezwała pomoc, ale uciekła gdy zaczął się zbliżać.
Dziś rano podszedł do innej kobiety i poprosił o zawiadomienie pogotowia. Trafił na SOR i tam do Niego przyjechałam.
Teraz jestem w domu spakować suche ubrania i zaraz do Niego wracam. Pewnie już dziś będzie mógł wrócić do domu.
Wszystkim którzy nas wspierali, a przede wszystkim tym aktywnie szukającym i plakatującym dziękuję najpiękniej jak umiem. Bez Was chyba bym osiwiała.
A dla wszystkich niech to będzie morał na przyszłość, że jeżeli znika dorosły, zdrowy mężczyzna, to wcale nie musi zachlać ani uciec do kochanki. Trzeba walczyć o traktowanie sprawy poważnie i mieć nadzieję".

wtorek, 23 grudnia 2014

Życzenia


Z okazji Bożego Narodzenia życzę Wszystkim, którzy mnie tutaj odwiedzają, aby każdy Wasz dzień był radosny. Niech miłość gości zawsze w Waszych domach. Niech się Wam darzy w Nowym Roku i zawsze!

     Życzę Wam też

wspaniałych książek do przeczytania, pięknych filmów do oglądania, przygód, jeśli lubicie, wycieczek i wędrówek,  czasu  wśród bliskich i przyjaciół. I zdrowia dla Was, Waszych bliskich i Waszych zwierząt!     

środa, 20 sierpnia 2014

Na Święty Roch w stodole groch,

czyli slow food w Owczarni.
Grochu nie sieję, bo się nie udaje. Sieję to, co chce u nas rosnąć. Rzepy, pasternak, buraki ćwikłowe, marchewkę, pietruszkę, por i seler, fasolę Jaś i Blauhildę, sałaty, dynie, cukinie i pomidory. Dużo pomidorów.  I zioła. Te rosną dobrze i same się sieją.

Stodoły nie mam. Chciałabym kiedyś mieć dużą, ale może mieć nie będę. Sienne strychy cztery napełniam za to pachnącym sianem dla owiec. Jesienią w tym sianie poleżą gruszki odmiany nieznanej, bardzo smaczne, z których w listopadzie zrobię konfitury z imbirem. Przechowywać będę też jabłka, z sąsiedzkich jabłonek, rodzących co dwa lata. Spiżarnię-piwnicę zapełniam codziennie urodzajem naszym i sąsiedzkim. Soki pomidorowe do picia i na zupy zimowe, konfitury i dżemy, buraki w różnej postaci, mrożonki, musy i sorbety owocowe, owoce mrożone do zapiekanek jaglanych.
Lato jest pracowite. Jak to na wsi. Nie spędzam jednak całych dni przy piecu, wbrew pozorom. Codziennie tylko chwilkę. Więcej czasu zabiera mi chodzenie po okolicznych sadach i zbieranie owoców. Dziś muszę iść po śliwki do sadu H., bo już dzwoniła ze 30 razy z pytaniem, kiedy wreszcie przyjdę, bo "śliwki lecą" z drzew. Potem będzie tak samo z gruszkami i z jabłkami.

Przetwory robię od lat, od dzieciństwa właściwie i uwielbiam napełniać szklane słoje darami lata i jesieni. W domu rodzinnym mieliśmy ogromną manufakturę z wyciskarkami do soku, patelniami do dżemów i konfitur, ogromnymi drewnianymi łyżkami do owoców i wielką spiżarnię, którą zwaliśmy z bratem "schowankiem". W schowanku było wszystko, czego dziecięca i nie tylko dziecięca dusza pragnęła. Na półkach piętrzyły się słoje owinięte pergaminem, kamionkowe garnki z powidłami śliwkowymi, zapieczonymi w piecu, aby wytworzyła się skórka, przykryte tylko lnianym płótnem lub papierem, nie zawsze okręcone konopnym sznurkiem. Nic nie pleśniało, nic się nie psuło. Cukru używało się mało. Soki malinowe, jeżynowe, wiśniowe w butelkach zakorkowanych, z korkami dla pewności oblanymi pszczelim woskiem. Dżemy i konfitury. Marynowane owoce, musy jabłkowe, ogórki kiszone. Wszystko opatrzone etykietami, pisanymi ręką Babci lub Mamy, potem pisanymi piórem przeze mnie, pismem starannym i z zawijasami, jak to u nas było w zwyczaju. Na etykiecie była nazwa, rok i ingrediencje, albowiem wersji gruszkowych na ten przykład było wiele, a niektórzy lubili imbir, a inni kardamon, a owoce do mięs były ostrzejsze, niż zwykłe konfitury. W szafie z drzwiami obitymi siatką króliczą wisiały kiełbasy, szynki, boczki. Wcześniej peklowane w wielkich kamionkowych garach z Bolesławca lub Bochni i wędzone w dymie różnych drzew, ale zawsze bez kory. Na półkach leżały krążki twardego sera z krowiego mleka w woskowej piżamce i gomółek suszonego, przywożonego od cioci spod Łęczycy. Cudowne było to miejsce. I cudowne były te wszystkie specjały. I cudowna była atmosfera, w której wszystko było przygotowywane. Żadnego pośpiechu. Żadnych kłótni. Śmiechy, plotki, odwiedziny sąsiedzkie, niekończące się próbowanie, dosypywanie, ujmowanie, doprawianie, rozlewanie. Pisanie etykiet.
Dlatego i ja takie przyjemności funduję sobie i gościom. Wspólnie smażymy konfitury w letniej kuchni lub w domu, pieczemy chleby, peklujemy, wędzimy, serowarzymy, ubijamy masło, czasem w ramach warsztatów w naszej Wiosce smaków i rzemiosł, czasem w ramach spotkań zwyczajnych, koleżeńskich. Gotujemy i zjadamy z przyjemnością wszystko, co nam się uda zrobić. Z przyjemnością też obdarowuję znajomych tym, co mam w spiżarni. I tak sobie niespiesznie żyję w pięknych okolicznościach przyrody, wie Gott in Frankreich. Lepszego życia nie mogłam sobie wymarzyć.
Serdecznie Was pozdrawiam i zapraszam do oglądania zdjęć z mojego zwykłego  raju.

Sąsiedzka papierówka


Nasze pierwsze truskawki



Konfitura in statu nascendi







Konfitura morelowa z lawendą

Pomidory Bohuny

Mirabelki z sąsiedniej wsi na dżem i sos tkemali


Physalis peruviana - moja wielka miłość






Po lewej physalis, po prawej morele. Uwielbiam obie konfitury. Są takie słoneczne, pachnące latem i pyszne.

Śliwki H. wczesniejsze





Skrzep, z którego powstaną sery na zlot Dzikich Kur

Sery na pięknej "kurzej" ceramice u Hany


Kluseczki serowe


wersja z malinami

Codzienna kawa




Mangold, czyli poczciwa boćwina na obiad



Jogurt domowy



Ciasto jak na Badische Zwiebelkuchen z odrobiną drożdży i mąką pszenną chlebową


Z serem w typie mozzarelli

Nieodzowna gałka muszkatołowa









Zupa krem z buraków

Duszona marchewka, pasternak, ziemniak, cebula, pomidor