Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owce. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 kwietnia 2012

Veni, vidi

Lea

Antonina z Morycem i kózką Sarą (jej poświęcę osobny post) chodziły za mną krok w krok. A trawa rosła jak szalona tego lata. Trzeba było szukać następnych owiec. Było mi już wszystko jedno, czy będą rogate czy nie. Ofert sprzedaży, jak na złość , nie było wcale. Gdy znalazłam jedną jedyną, to dowiedziałam się, że zostały im tylko dwie owieczki i parę tryczków. Umówiłam się, że następnego dnia przyjadę. A potem nie spałam całą noc. Jak ja pojadę, skoro kiepski ze mnie kierowca i w dalekie podróże za kierownicą się nie wypuszczam. A tu trzeba przejechać kilkaset km w jedną stronę, a potem z powrotem, i to szybko, aby się zwierzęta nie męczyły. Minął ranek, minęło południe a ja siedziałam , siedziałam… W końcu przeprowadziłam ze sobą poważną rozmowę i pojechałam. Trafiłam cudem jakimś bez problemu pod sam dom sprzedających, jakby mnie kto prowadził – taki jakiś GPS anielski.

Pan miał stadko klasycznych, pięknie szarych wrzosówek, bezrogich. Owieczki były małe, ja bym je przy matce zostawiła jeszcze jakiś czas, ale w mądrych książkach piszą, że jak jagnięta jedzą siano same to można je odstawić od matek. No i się je odstawia. Jak nie kupię ja, kupi kto inny. Kupiłam. Dowiozłam szczęśliwie do domu i „ochrzciłam” jako Rut i Deborę. Pozostały bezrogie. Rut jest czarna, Debora była szara. Poległa dwa lata później w walce o pierwszeństwo w stadzie. Walczyła z Abigail, owcą o największych rogach, jedną z piękniejszych moich owiec.

Debora zadomowiła się szybko, a Rut do dziś jest jakaś taka smutna. Nie jest urodziwa, ale jest jedną z najlepszych matek. Długo opiekuje się swoimi dziećmi. A jej dzieci na przekór wszystkim prawom natury są ładne i dorodne, córki mają nawet niezłe rogi. Rut ma delikatne runo, czarne z brązowymi refleksami, które powstają na końcówkach od słońca.

Córka Debory – Miriam-jest jej kopią. Ma też bardzo delikatne szare runo. Jak na nią patrzę widzę jej matkę.

Nadeszło lato. Chodziłam pasać moje maleńkie stado. Siadałam na łące z książką, a owce wraz z kózką się pasły. Czasami mi uciekły zanim się zorientowałam, ale przybiegały z powrotem, gdy je wołałam. Wylepiałam też ściany owczego domku gliną, zmieszaną z sieczką i sianem. Chcieliśmy, aby miały szachulcowy dom. We wrześniu zaczęłam rozglądać się za ogłoszeniami o sprzedaży owiec. Znalazłam jedno. Tym razem nie pytałam już o nic, poza ceną. Pojechałam. Trasę wybrał mi mąż. Była to droga przez mękę – remonty, objazdy, wahadło. Spóźniłam się dwie godziny. Dotarłam do wsi położonej w lesie, z mnóstwem domów szachulcowych, które bardzo mi się podobają. Raj prawdziwy. Nie mogłam znaleźć właściwego adresu. Jak już znalazłam pan od owiec powiedział, że owiec już nie ma.

- Jak to nie ma?

- No nie ma, bo miała być pani o 11. a jest 13. Spóźniłam się, przeprosiłam, ale dlaczego nie ma owiec?

- Nie ma, bo poszły.

Już nie mogłam. Te teksty zawsze były takie, mówimy po polsku, a za nic nie wiem, o co chodzi, ale ja też tak mówię czasem.

–Co to znaczy poszły?. Poszły sobie, czy poszły, bo sprzedane.

-Nie, no poszły się paść.

Odetchnęłam z ulgą.

-No to teraz ze sprzedaży „nici” – pan znowu zaczął.

-Dlaczego „nici”?

-Bo poszły.

-A nie mogłyby wrócić?

-Pewnie by mogły, ale nie wiem dokąd poszły.

Wierzcie, czy nie, rozmowa w tym stylu trwała jeszcze z kwadrans. Myślałam, że już dłużej nie wytrzymam nerwowo. Jak w końcu ustaliliśmy, w którym kierunku mogły pójść i postanowiliśmy ich szukać, musieliśmy czekać na żonę pasterza, bo tylko ona mogła je, sobie wiadomymi sposobami , namówić do powrotu i tylko jej samochodem mogliśmy jechać, bo ten samochód owce znały. I niech mi teraz ktoś powie, że ja jestem nie całkiem normalna.

Żona pasterza wróciła, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. W drodze dowiedziałam się, że ich owce mają do dyspozycji 500 h parku krajobrazowego, nie mają żadnej zagrody, owczarni, żyją zupełnie, jak chcą i jest ich około 200. Ile dokładnie nie wiadomo, bo psy, lisy, jenoty etc. Raz w roku trzeba zrobić spis więc wtedy wiadomo ile ich jest na dzień spisu. Zimą jedzą siano zgromadzone w wielkiej wiacie. Piją wodę z rzeczki, bo nie zamarza do końca. Rodzą więc na mrozie, nie wiadomo gdzie. Najpierw byłam przerażona, potem pełna podziwu dla owiec, że dają radę. A potem je zobaczyłam. I wiedziałam już to, czego i Wy się teraz domyślacie. Tak, to były one, owce z moich snów. Ujrzałam piękne stado kolorowych owiec, rogatych, o długim runie. Wyglądały tak dostojnie i magicznie, że zaparło mi dech. To były moje owce. Jak najbardziej realne, z krwi i kości. I kilka z nich mogłam kupić. Jeśli uda się je namówić do powrotu.

czwartek, 12 kwietnia 2012

W poszukiwaniu rogatych owiec

Morycek z wyką w młodniku
Rachela na pierwszym planie, potem Antonina i Sara (ale o niej kiedy indziej)


Jak już zdecydowaliśmy się na owce, zaczęłam działać czyli szukać ogłoszeń o sprzedaży wrzosówek i dzwonić pod niezliczone numery telefonów. Dziś jeszcze na wspomnienie moich telefonicznych konwersacji uśmiecham się. Zapewne niektórzy moi rozmówcy uznali mnie za niespełna rozumu. Pierwsze moje pytanie, po upewnieniu się, że dodzwoniłam się właściwie i ogłoszenie jest aktualne, dotyczyło… oczywiście rogów, jakżeby inaczej. I tu najczęściej zapadała krótka cisza.

- Czy owce, które Pan sprzedaje mają rogi? Cisza…

-No jak to rogi? No, mają.

-Ale czy te rogi to mają dziewczyny, tzn. samice?

- Samice? Coś pani, barany to mają rogi.

-A samiczki, maciorki (tu rzuciłam fachowy termin, żeby sobie nie myślał) nie mają żadnych, choćby malutkich?

- Nie, nie mają.

-To ja bardzo dziękuję za rozmowę, bo szukam owiec z rogami.

I tak wiele razy. Żadnych rogatych. Postanowiłam zacząć więc od kolorów.

-Dzień dobry, chciałabym kupić parę owiec wrzosówek. Jaki kolor runa mają pańskie owce?

-Są siwe.

-Siwe czyli szare?

-Szare.

-Jasnoszare, ciemnoszare, antracytowe, szare szare czy szare czarne czy brązowoszare, jak szare?

-Szare to szare, czego pani właściwie chce.

Miałam dość. Niczego nie mogłam się dowiedzieć. O kolor oczu postanowiłam już nie pytać, choć to wskazówka ważna jest w związku z dziedziczeniem koloru, ale nie sądzę, abym pytając o kolor oczu owiec znalazła zrozumienie po drugiej stronie.

Przyjdzie mi kupić jakiekolwiek, pomyślałam. Zdaję się na los. Zadzwoniłam ostatni raz. Odebrał kobiecy głos. Ja od początku. Czy ma owce do sprzedania, itd. Ona, że ma, ale nie ona tylko taki znajomy starszy pan. Czy mają rogi, pytam. Mają, a jakże. A czy są kolorowe, tzn. i szare, i czarne i brązowe na przykład. Pani ochoczo potwierdziła, że mają przeróżne kolory. Umówiłam się więc z panią, że jutro przyjadę pod podany adres po owieczki, pani obiecała przekazać tę informację sprzedającemu. Byłam szczęśliwa, że wreszcie je znalazłam. Wieść rozniosła się po wsi, że ja naprawdę jutro kupuję owce. Jedni pukali się w głowę, inni mrugali porozumiewawczo okiem. Rano przyszedł sąsiad zapytać, czy mógłby ze mną się po te owce przejechać. Czemu nie. Inaczej jechałabym sama. A tak pojechaliśmy we dwoje. Na miejscu okazało się, że są do sprzedania wrzosówki, ale takie jakieś całkiem nie takie. Właściciel stada -starszy i bardzo sympatyczny pan - ucieszył się serdecznie na nasz widok. Spojrzeliśmy sobie w oczy i on chyba dostrzegł w nich przerażenie i chęć natychmiastowej ucieczki. Popatrzył tak smutno i powiedział „to dobre i kochane owce”. No masz. Żaden z tych hodowców, z którymi rozmawiałam, nie mówił tak o swoich zwierzętach. A tu dobre i kochane. I co ja miałam wtedy zrobić. Rogate czy nie, kolorowe czy szare moje będą one, bez dwóch zdań. Powiedziałam, że w takim razie zabieram dwie. Pan poszedł po nie. Pierwsza, którą przyprowadził była tak brzydka, że pomyślałam, że zwariowałam, kupując ją. Rogi miała symboliczne, była białoszara. Ale tak patrzyła na mnie, jak ten jej pasterz. Pogłaskałam ją i nazwałam Rachel, co znaczy po hebrajsku owieczka albo jagnię, druga była niewiele ładniejsza, ale miała całkiem ładne szare runo. To Antonina (to imię nadał mąż). To moje pierwsze owieczki. Tydzień później dołączył do nich Moryc, półroczny baranek.

Rachelą cieszyłam się krótko. Dwa tygodnie później przewróciła się na łące i odeszła do krainy wiecznie zielonych pastwisk, prawdopodobnie był to zawał serca, a ona była w swej pierwszej ciąży. Byłam zdruzgotana. Nie mogłam się z tym pogodzić, ryczałam jak bóbr kilka dni. Na takie przeżycia nie byłam przygotowana, nie chciałam być.

Początek mojej pasterskiej przygody, jak widzicie, to radość i smutek. I tak już będzie.

Antonina zaś, jakby na pocieszenie dla mnie, postanowiła zostać rogatą owcą i zaczęły jej rosnąć rogi.

środa, 14 marca 2012

Lambing, Lammzeit czy kotelnia?


Na początek o języku. Anglicy mają sympatyczne dla ucha określenie lambing, Niemcy Lammzeit, a w naszym języku jest kotelnia!!!, albo w najlepszym razie wykoty. No i jak się Wam podobają te nazwy? Bo mnie wcale.

Owce moje bardzo rogate i te mniej rogate rodzą zwykle swoje dzieci na przełomie grudnia i stycznia, w styczniu i lutym. Żadne mrozy i zamiecie im niestraszne. Rodzą na dworze i w samotności. Żadnych zagródek, boksów i towarzyszek w pobliżu. Niektóre tolerują moją obecność w zasięgu wzroku, inne nie. Najczęściej rodzą w nocy i bez większych problemów, choć czasem, nie powiem, zdarzają się różne nieprzewidziane i niechciane sytuacje, ale tak to już bywa i trzeba być na to przygotowanym. Jak to mówią Anglicy: Let's hope for the best but prepare for the worst.

Czasami tez zdarza się, że kilka mam „podrzuca” mi po jednym dziecku (bo zwykle mają 2) na wykarmienie. Zawsze mogę w tej materii na którąś liczyć. Moabitka robi to notorycznie. Jeśli urodzi baranka i owieczkę, baranka nie chce karmić, dwie owieczki nie są problemem. O przystawieniu jagnięcia do cyca nie ma mowy. Nie skutkuje żadne posypywanie baranka solą, otrębami, zamykanie w zagródce – jak radzą w mądrych książkach. Z moich kilkuletnich już obserwacji wynika, że te odrzucone jagnięta wcale nie są jakieś ułomne, czy chore. Cieszą się dobrym zdrowiem i wyrastają na całkiem dorodne egzemplarze. Nierzadko mam wrażenie, że zostają przy matkach słabsze dzieciaki, a te silniejsze hop do pasterki na krowie mleko.

Tak czy siak przez 3-4 miesiące jestem „uziemiona”, jako matka karmiąca. Karmienie jagniąt butelką jest bardzo przyjemne, ale w pojedynkę trudne logistycznie. Jak nakarmić 5 jagniąt naraz mając tylko dwie ręce, a jagnięta nie stoją spokojnie i wszystkie naraz chcą smoka, nie ma jak ich zamknąć, bo jak złapię jedno, to mi reszta zwieje i tak w kółko. Tak, wiem, są specjalne wiadra ze smoczkami, które można powiesić w owczarni, nalać mleka i po problemie. Ale wiadro się u nas nie sprawdza. Nie głaszcze po maleńkiej główce, wyczuwając pod palcami maleńkie rogi, nie całuje w nos. Do wiadra można co prawda wskoczyć, ale kolan takie wiadro już nie ma, poskubać za włosy wiadra też się nie da, i kto chciałby się przytulać do plastikowego wiadra. Jagnięta nie chcą z wiadra pić i już, ani z miseczek. Odchodzą i meczą żałośnie czekając na ciepłe mleko z butelki. A ja, chociaż roboty mam przy tym więcej, w duszy liczę na którąś matkę wyrodną za każdym razem.

W poniedziałek rano Antonina urodziła ostatnie jagnięta w tym sezonie. Choć od miesiąca wyglądała tak, jakby za chwilę miał się zacząć poród, przetrzymała, jak zwykle, do marca. Urodziła owieczkę i baranka.


Wszystko odbyło się sprawnie i szybko. Tym samym zakończyła się kotelnia w moim gospodarstwie. Mogę odetchnąć z ulgą. Mimo że zwykle nie ma problemów podczas narodzin jagniąt, czas ten jest dla mnie stresujący. Cieszę się więc najbardziej, kiedy rankiem świeżo upieczone mamy prowadzą swoje dzieci, urodzone nie wiadomo gdzie i kiedy.

Jagnięta jagniętami, ale i psów pasterskich przybyło. Trzy śliczne białe kulki powiła Peti, sunia rasy komondor. Ronja, Dorka i Sherlock rosną zdrowo i demolują dom.


I tym optymistycznym akcentem kończę trochę przydługi post i pozdrawiam odwiedzających